top of page

Festiwal Smaków Food Trucków w Olsztynie - relacja

Podczas majówki, na olsztyńskiej Plaży Miejskiej odbył się Festiwal Smaków Food Trucków. Jako, że w Olsztynie, takich wydarzeń jest niewiele. Postanowiłam się wybrać i zaspokoić moje street foodowe potrzeby.

Festiwal ma miejsce od 1-5 maja 2024. Ja byłam w czwartek i w sobotę.

MOJE ODCZUCIA NA TEMAT ORGANIZACJI

Wydarzenie dość małe, na oko - na 15 przyczep. Z czego 2 były z napojami, 3 na słodko i reszta „wytrawna”. Będąc już na plaży, która w Olsztynie jest dość wąska, ale długa nie było żadnych oznaczeń, wskazówek jak dojść do właściwego miejsca. Food trucki stały w drugiej linii budek od plaży, za strefą gastronomiczną, która gości w tym miejscu na co dzień. Po przebiciu się przez stałą strefę gastro, można było dojść do tej festiwalowej.

Na plus lokalizacji na pewno działało to, że była ona w cieniu, między drzewami. Organizatorzy przygotowali wystarczającą liczbę ławek i stołów festynowych pod parasolami i śmietników. Na minus – piaszczyste podłoże (i to szarego piachu, nie żółtego piaseczku plażowego) i bardzo mała strefa leżaczkowa (jakieś 10-15 sztuk z tyłu budek z widokiem na „nic”), a także to że nie udało mi się znaleźć wcześniej w internecie listy firm, które przyjadą. Być może była, ale słabo wyeksponowana.


NAJWAŻNIEJSZE! – JEDZENIE

Przyznam, że oferta truckowa była dość różnorodna. Zdublowało się tylko meksykańskie żarcie i burgery – to drugie mnie wcale nie dziwi. Przy okazji, mam pytanie- czy Wam też przejadły się już burgery? W kółko te same kombinacje dodatków, niestety mnie nie zaskakują.

Oprócz wyżej wymienionych można było się skusić na: langosze, chaczapuri, tosty, zapiekanki, kofty, corn dogi, owoce morza, pierożki dim sum, frytki belgijskie …i chyba tyle. A na słodko na: churrosy, kołacze i fragole. Z napojów: piwko od Amber i „kraftowe” napoje na stoisku ON LEMON.

Zabrakło mi lodów – na szczęście w tej strefie, która na co dzień jest na plaży były bardzo dobre lody autorskie od Piccolo. Wzięłam gałkę czekoladową i mango, a dostałam jeszcze próbkę toffi do degustacji. Uhahałam się jak dziecko z tego prezentu. Bardzo miły gest. I marketingowo uważam to za strzał w 10! Firma 10-cioma gramami lodów kupiła sobie moją pozytywną wibrację, nawiązała ze mną jakąś taką pierwszą pozytywną więź, o której tyle się mówi w kołcznigowo-marketingowym intrenecie 😉 

Pierwszego dnia zdecydowałam się jeszcze na rzemieślniczą zapiekankę z Shark Trucka. Moja, oprócz pieczarek i sera, była z grillowaną, siekaną karkówką. W tym miejscu mamy kolejne pozytywne zagranie handlowe - w cenie zapiekanek mamy dwa dodatki do wyboru i sos. U mnie wygrał szczypiorek i szczypiorek z ketchupem. Bardzo lubię nasze polskie, wypasione zapiekanki! Kiedy mam okazję zjeść taką, niebędącą mrożonym gotowcem, to chętnie z niej korzystam. Tak się prezentowała moja wybranka w majówkowym, plażowym klimacie:

Do tego wjechał Pan Jałowiec z czarną porzeczką, czyli (idąc za etykietą) napój gazowany z owocami jałowca i szyszkami chmielu, od Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht w Piotrkowie Trybunalskim. Na tylnej etykiecie przeczytać można opis produktu pisany prozą:

"Oberża Wielkiego Lasu, Wczesna Jesień
Dla Pana Jałowca kończyło się wyjątkowo pracowite lato. Ustawił właśnie w spiżarni ostatni słoik aromatycznej konfitury z żurawiny – będą zapasy na zimę. Resztę owoców postanowił dorzucić do swojego ulubionego jałowcowego napoju. Teraz ów wywar radośnie bulgotał w kociołku, a Pan Jałowiec z niecierpliwością czekał, aż będzie mógł go skosztować…"
Napój produkowany jest według rodzinnej receptury od 1958 r.

Bardzo piękny story-telling. Wcześniej czegoś takiego nie piłam. Ma ciekawy, na pewno niepowtarzalny, trochę tępy smak. Nie jest słodki, spodziewałam się, że będzie bardziej kwaskowy. Daję mu okejkę. Jałowiec jest mało popularny w codziennej, współczesnej kuchni. Dobrze, że ktoś go „odkurzył”.

Ten browar ma w swojej ofercie piwa i napoje, które mi pasują. Szczególnie podobają mi się ich dowcipne etykiety. Na ich stronie wyczytałam, że wytwórnię można zwiedzać grupowo, w soboty, przed południem. Więcej informacji: tutaj.


WRACAM PO WIĘCEJ JEDZENIA

W sobotni wieczór po raz kolejny zawitałam na festiwal. Ludzi umiarkowanie mało jak na 19 godzinę. Największa kolejka do churrosów.

Tego dnia  wypiłam pyszną Agrestadę„straight from polish działka” (prosto w polskich ogródków działkowych). Do tego zjadłam koftę w picie w stylu greckim, która mogłaby mieć więcej sosu, ale ogólnie wypadła nieźle.

A teraz królowa popołudnia: fragola, czyli szaszłyk z owoców (jabłek, bananów, winogron, truskawek, borówek itd.) w czekoladzie. Przyznam, że wcześniej tego nie znałam. Już w pierwszym dniu festiwalu zapadła mi w pamięć. Nosiłam ją w głowie, zastanawiając się, czy i w jaki sposób owoce są spreparowane przed zalaniem czekoladą. Ostatecznie kupiłam fragolę w winogronami i serem pleśniowych w gorzkiej czekoladzie. Strzał w dziesiątkę. Ku mojemu zdziwieniu owoce były surowe, a ser smakował jak galaretkowe pianki – chyba mój mózg szukał czegoś o podobnej konsystencji w zakładce „słodycze”. Te fragole to zdecydowanie moje kulinarne odkrycie tej wiosny. W głowie mam teraz nowe pytanie na ich temat.



Może Wy wiecie: jak długi termin przydatności do spożycia mają takie fragole? Po jakim czasie owoce w czekoladzie się psują?


POMYSŁ NA PREZENT DLA WASZEGO WROGA!

Zrobiło się groźnie. W food trucku z gruzińskim jedzeniem przyuważyłam lemoniadę estragonową! Jest to TOP10 moich najgorszych doświadczeń kulinarnych. W moim sercu ma ona miejsce, gdzieś między cukierkami anyżowymi, a lukrecją. Fujka, fujka, fujka!!! Zmroziło mnie na sam jej widok. Kto nie próbował, niech posmakuje - najlepiej w ograniczonych ilościach i kontrolowanych warunkach.

Od razu przestrzegam, o tym że w restauracjach w Gruzji, jeśli zamówi się „lemonade”, to zazwyczaj nie dostaje się oranżady cytrynowej, a losowy smak spośród załączonych powyżej. Kto ma pecha, może trafić na drugą od lewej - estragonową, a kto szczęście – ostatnią, gruszkową.


MOJE PRZEMYŚLENIA NA TEMAT OLSZTYŃSKIEGO STREET FOODA

Bardzo ubolewam nad tym, że Olsztyn nie ma stałej strefy street foodowej. Ubolewam też nad tym, że lokalne biznesy nie biorą udziału w wydarzeniach takich jak to. ROLKI, Drewno i ogień, czy ORK Kebab - myślę, że ich menu można zaadoptować na street food. Bardzo podoba mi się jak działa to we Wrocławiu – stacjonarne lokale, mają dodatkowo punkty mobilne, na których budowane są większe wydarzenia. Wszyscy razem, w kooperatywie: trzonem miejscowi, do ich dołączają inni z bliższych i dalszych miejscowości, co przyciąga mnóstwo ludzi – transakcja win-win, każdy wygrywa.

Według mnie w Olsztynie brakuje też street foodowej strefy gastronomicznej. Coś na kształt tych na Krakowskim Kazimierzu lub w Hali Świebodzkiej we Wrocławiu. Jako miejsce, gdzie można coś takiego utworzyć typuję podwórko przy ul. Orkana 5b. Jest tam już ORK Kebab i chyba churrosy, a od tygodnia także Odjechana Zapiekanka. Jest blisko Rynku, nieopodal Rolek… W każdym razie, gdybym chciała otwierać budę z ulicznym jedzeniem, na pewno zainteresowałabym się tą lokalizacją.

Napiszcie proszę w komentarzach, jakie są Wasze odczucia na temat olsztyńskiego street fooda. Gdzie lubicie jeść? A czego Wam brakuje?

24 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page